c_400_280_16777215_00_images_RAdomskodebata.png

Radomszczanie postanowili usiąść i porozmawiać, gdyż blisko dwutysięczna ludność ukraińska, zamieszkująca miasto, przestała być zjawiskiem ignorowalnym. Zorganizowano więc debatę, zaproszono przedstawicieli „samorządów, pracodawców oraz środowisk naukowych” i miło powitano w miejskiej bibliotece – wszystko w celu znalezienia odpowiedzi na kilka istotnych pytań.

Jak wielkim problemem są imigranci (czyt. Ukraińcy), a nawet – tutaj krok wstecz – czy są problemem i jak go rozwiązać? Jaki jest wpływ przybyszów na rynek pracy? Czy imigracja jest nieunikniona? „Napływ cudzoziemców ze Wschodu na lokalny rynek – szansa czy zagrożenie” – głosił tytuł spotkania.

Impulsem do zwołania narady stał się Marsz Przeciwko Imigrantom ze Wschodu, przeprowadzony przez Obóz Narodowo-Radykalny Radomsko 19. listopada br. Co prawda jeden z organizatorów panelu podtrzymywał, że praprzyczyna debaty jest inna, że odbyłaby się bez uprzedniego zgromadzenia ulicznego, to jednak my wiemy, że tak nie było. To marsz ONRu Radomsko bez najmniejszej wątpliwości zmobilizował mieszkańców i radnych do dalszego działania. Dla zgromadzonych najistotniejsze jednak było, że spotkali się, aby wreszcie gorący temat przedyskutować.

ONR również odegrał wiodącą rolę w samej debacie – wyalienowany wśród prelegentów członek Rady Głównej ONR Damian Kita, sumiennie bronił się przed wyrafinowanym, ale i opanowanym ostrzałem – a to przedsiębiorców, a to przedstawicieli władz miasta, a to dziennikarzy, czy wreszcie samej publiczności.

Pytający oczekiwali konkretów – jak ONR zamierza rozwiązać sytuację, co oferuje w zamian? Kolega Damian proponował zniwelowanie problemu poprzez działania na wszystkich szczeblach władzy oraz społeczeństwa – od pomocy przedsiębiorcom w postaci obniżenia podatków i kosztów pracowniczych, poprzez kontrolę imigracji (tutaj rola samorządów i policji), aż po przestrzeganie praw pracowniczych, a także postulat poszanowania pracodawcy przez zatrudnionych. Odniosłem wrażenie, że chodzi głównie o stworzenie lepszych relacji, czy też lepszego klimatu pomiędzy polskim pracodawcą a polskim pracownikiem.

W wypowiedziach pozostałych panelistów dominował wątek silnie odczuwalnego braku rąk do pracy. Przyczyn upatrywano przede wszystkim w fatalnej demografii, która za nic nie utrzymuje tempa za polskim wzrostem gospodarczym. Wskazano także na brak kwalifikacji, na co bardziej wyspecjalizowane stanowiska oraz zwykłą niechęć do ciężkiej roboty. Przedsiębiorcy malowali obraz beznadziejnej z ich strony sytuacji na rynku pracy.

Zbawieniem na powyższe miałby być szeroko pojęty imigrant. Pani Lidia Kowalska – przedstawiciel firmy FON SKB zaznaczyła, że w jej zakładzie Polak jest pracownikiem preferowanym z przyczyn ekonomicznych – bardziej stabilnym i wymagającym mniejszego nakładu szkoleniowego – takiego jednak coraz trudniej znaleźć. Nieco później z ust pani Kowalskiej padło zdanie, że dlań nie ma znaczenia, czy pracownik jest Polakiem, czy Ukraińcem. Przyznam, pogubiłem się. Nie mniej jednak wypowiedź zdominował wspomniany „brak rąk” – firma zatrudnia przybyszów nie z chęci, ale z konieczności.

Prelegenci przytaczali też kwestię emigracji z Polski (bardziej pod kątem przyczynienia się do wzrostu gospodarczego państw Europy zachodniej), co skłoniło mnie do sformułowania jasnej i otwartej konkluzji, że skoro na Zachód wyjeżdżają robotnicy wykonywać prace zbliżone do tych, na które w kraju poszukuje się kandydatów, to:

Problemem nie jest brak rąk do pracy, ale brak stawek na odpowiednim poziomie.

Na postawioną w ten sposób tezę, reprezentujący Regionalną Izbę Przemysłowo-Handlową, przedsiębiorca Witold Świtkowski zareagował dość nerwowo, odpowiadając na pytanie… pytaniem o ceny usług.

W trakcie debaty, snute przeze mnie owe podniesienie stawek nazwano „wymuszonym wzrostem płac” – większym, niż te „naturalne” 6% w skali roku. Pan Świtkowski argumentował, że jest to niemożliwe, że duże przedsiębiorstwa jeszcze dałyby radę, ale „misie” już nie. Chyba odwrotnie. Wyobrażam sobie, że dla dużych podmiotów, podniesienie stawek w całej firmie to nie lada wyzwanie, natomiast gdyby przysłowiowy „Czesław” – właściciel pizzerii miał płacić ludziom o kilkaset złotych więcej, hmm… nie wybudowałby domu w pół roku, musiałby budować dwa lata. Faktycznie, niemożliwe. Ukrainiec jest tutaj konieczny.

Solidnym argumentem było natomiast pytanie o siłę przebicia polskich marek w konkurencji za granicą. To ważna obserwacja, gdyż nam, narodowcom również na owych rodzimych markach bardzo zależy, nie ze względu na ewentualność pojawienia się nowych miejsc pracy w kraju – te mogą zostać stworzone, lub nie – ale przede wszystkim ze względu na narodową dumę, jaką dobra marka przynosi. Tylko proszę zobaczyć, jak nasze firmy promują się za granicą – tutaj będę musiał bezimiennie – w branży obuwniczej jedna z nich podkreśla pochodzenie napisem „made in EU”, inna znów sprzedaje pod nazwą, która brzmi… po włosku. Takich przedsiębiorców, za przeproszeniem buraków, nie będziemy wspierać!

Im dłużej rozmawiano, tym bardziej my, słuchacze utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że przedsiębiorcy – bez premedytacji – mają gdzieś dobro mieszkańców Polski, ich sytuację finansową i bezpieczeństwo, choć wcale tego otwarcie nie mówią. Cała argumentacja, co podkreślił jeden ze starszych słuchaczy, była stricte ekonomiczna, liczyły się cyferki, czynnik ludzki wydawał się nie istnieć. Nie znalazłem, broń Panie Boże, żadnych śladów celowej nieprzychylności, ale odniosłem wrażenie, że dla przedstawicieli świata biznesu, liczy się tylko interes. Kapitalizm. Czy można mieć im za złe? Zaryzykuję, że chyba nie. Jednak takie podejście koliduje z naszą troską o sprawę narodową, jest kierunkiem odwrotnym do przez nas zamierzonego. Dla nas liczy się sprawa polska, interes narodowy Polaków. Nacjonalizm. Czy można nam mieć za złe? Chyba nie.

Warto odnotować, że podczas dyskusji podniesiono również kwestię bezpieczeństwa i przestępczości. Wojciech Auguścik, naczelnik wydziału prewencji w KPP w Radomsku oznajmił, że dotychczas nie odnotowano przestępstw z Ukraińcami w roli ofiar, za wyjątkiem zdarzeń drogowych. Odnotowano natomiast przestępstwa z przybyszami w roli sprawców, podkreślając, że żadne z nich nie wystąpiły w miejscu pracy.  Pan Auguścik przytoczył skrupulatne statystyki na temat wykroczeń, liczby osób narodowości ukraińskiej, zarejestrowanych, itd. – policja do debaty przygotowała się bardzo rzetelnie. Rzetelnie inaczej natomiast przygotował się niejaki Dawid Wawryka. Ten uczestnik zarejestrował aż 43 przestępstwa, o których zdziwieni słuchacze włącznie z ww. policjantem nie mieli pojęcia. Panie Wawryka, dam Panu męską radę – nie rób Pan z siebie błazna przy ludziach. Nieco później, p.Wawryka ostrzegał mieszkańców i świat przed groźnymi marszami nacjonalistów. Wtórowały mu starsze panie z krzeseł po lewej stronie. Nie wiem, czy reprezentowały jakąś organizację, czy własne kuku na muniu.

Swój głos zabrali też interesanci – zwykli mieszkańcy. Mówiono o poniżającej pracy za 6,50 zł. Organizator – przewodniczący Rady Miejskiej Łukasz Więcek nie wierzył. Ja też nie wierzyłem. To jednak okazało się prawdą. Wspomniano także o ciężkiej doli pracujących kobiet, czy nawet straszeniu zastąpieniem Ukraińcami (przypadek z innego miasta).

Na koniec mocno zabrzmiał bardzo niewygodny fakt – dziennikarz portalu prawy.pl zapytał o banderyzm wśród mniejszości ukraińskiej. Prezydent miasta Jarosław Ferenc bronił przybyszów, zwracając uwagę na (jego zdaniem) mały odsetek sympatyków zbrodniczej przeszłości – uznał, że osoby skrajne znajdziemy w każdym społeczeństwie. „Polskim!” krzyknęły lewicowe babcie.

Mocno przedłużona debata stała się sukcesem w zasadzie wszystkich (może oprócz pana Wawryki), ale przede wszystkim osiągnięciem mieszkańców – rozmawiano, szukano rozwiązań, zapewne podejmie się decyzje. Ja osobiście, jeśli można, chciałbym podziękować panu Danielowi Łuszczynowi, za bezstronne prowadzenie dysputy (dziś to wcale nie jest powszechne) oraz, a może przede wszystkim działaczom ONR Radomsko za liczny udział i za ten marsz – głos na ulicy przerodził się w głos w Radzie.

I na koniec pragnę podkreślić nasze stanowisko: bez względu na kalkulację ekonomiczną, stajemy w obronie dobra polskich rodzin, uczciwych wynagrodzeń bez taniej konkurencji i stanowczo sprzeciwiamy się masowemu napływowi obcych kulturowo przybyszów z państwa o wysokiej skali przestępczości, którzy jako naród w przeszłości podnieśli na nas rękę i dziś nie potrafią powiedzieć „przepraszam”, a za pomoc w postaci miejsc pracy, a także wsparcia bezpośredniego, nie potrafią powiedzieć „dziękuję”. To nasz dom i my wybieramy gości. My mieszkańcy, nie kapitał.

 

Our website is protected by DMC Firewall!