c_400_280_16777215_00_images_news_2017-09-02-bogdan-cichocki-krzyk-orla.png

,,Ogień i lód oraz lód i ogień… krzyk orła…demon akcji.’’

René  Guénon o Juliuszu Evoli

Krzyk orła to symbol czegoś wielkiego, niewypowiedzianej prawie niezależności. Orzeł to lustrzane odbicie wilka po horyzontalnych liniach, w tradycji zachodniej. Bardzo podobne motywy. Z tym, że orzeł praktycznie prawie zawsze jest sam. To symbol niemożliwego wręcz wzniesienia ponad świat praktyczny, pragmatyczny, pozytywny, gdzie panuje zachwyt nad tym, że mąka potaniała o 31 %.

Krzyk ten wspomniany, tej świadomości, droga życia i wykładnia osób tak wielkich w porównaniu z dzisiejszą prawicą kremówkową, Guenona, Evoli, także innych, w pełni jest opisany przez ten krótki cytat owego francuskiego wykształconego dziwaka. Tam mamy i ogień, i lód i demona, więc literalnie, jako całe wielkie konstrukcje i systemy myślowe, te nurty zasadnie nie będą obecne w naszej rewolucyjnej nacjonalistycznej wykładni katolickiej, ultrakatolickiej, jak zwał. Chyba, że we Włoszech, ale niech każdy się martwi o siebie.  Zabawa motywem jednak trwa. Nacjonalizm szturmowy rośnie. Łamią się i jeżą kolejne postawy mułów, reakcyjne, liberalne, szowinistyczne dla innych Europejczyków. Triumfuje styl munduru, wzniosłości. Wykładnia katolicka rzece: ,,nie ważne kto mówi ale co mówi’’. Miejsce swe w nacjonalizmie rewolucyjnym, integralnym, naturalnie znajdą właściwe względem uformowania katolickiego, fragmenty koncepcji Tradycjonalizmu Integralnego. Bo im (Evoli, Guenonowi) też się coś udało.

Typowo tradycyjna koncepcja świata czy też wizje współczesnych ideologów kierunku nie powinny być raczej receptowane z przyczyn ideologicznych czy ideowych. Samą możliwość, możność -niemożność praktycznego wprowadzenia tego typu organicznego ładu pomijam. Młode, ale nie zawsze, świry chcą być plus guénonien que Guénon (bardziej guénoniańscy od Guénona). O Hermesa kaduceusza, erę wodnika widzianą z prawej strony, dobrze, że plują się na razie tylko w internecie, bo seplenienia nie słychać. Jak była jeszcze w pełni wiru dyskusji i młodzieńczego zrywu, (choć chyba nie zawsze) sławna netowa Rebelya to tam i nie tylko widać było też antyevoliańską kontrę, z miękkich pozycji prawicy wyprowadzaną. Większy jeszcze niesmak powiedziałbym. Co oczywiste, krytykowano akurat to, co w Tradycjonalizmie z dużej literki, było wysokie.

Pierwsze primo analizy każdego okresu jest takie, że trzeba pamiętać, iż wiele elementów epoki danej to z reguły zdegenerowane pozostałości czasów jeszcze wcześniejszych. Ważne jest to o tyle, że każda żywotniejsza idea jest właściwie wariacją na temat danego wzorca czy przedziału historycznego bądź mitycznego. Co między wierszami tradycjonalizm może nam pozytywnie oferować to spojrzenie niedzisiejsze na pewne złowrogie fenomeny rzeczywistości. Integralna myśl Evoli i szejka, którym stał się Guenon wskazuje z reguły inne źródła, cele, recepty, niż poniższa barowa retoryka, ale ciężko wtłaczać w ramkę ogół poglądów myślicieli inspirujących się buddyjską doktryną wygaszenia.

Bełkot jakoby żywioł samczy (faktyczni twórcy cywilizacji – nie celowo użyłem zadrużnego pojęcia twórcy – po prostu słowa mi brakło), był ipso facto przyczyną, generatorem zdegenerowania, zła, to bardzo nieprzyjemny dla samopoczucia fetor. Mówiąc cywilizacja mam na myśli wzniosły i dumny zakon munduru, nie tumult wykształconych nagłupiałych mrówek. Człowiek nie jest twórcą niczego, ale regentem właściwie jest, i to prawie tu materialnie wszystkiego. I to jest zadanie bardzo spełniające, nadające sens. Wskazując fenomeny odpowiadające za regres, namolnie wrócić trzeba do ciągle powtarzanych oczywistości. Upadek będzie zawsze skutkiem jakiegoś splotu wielu czynników, ale na pewno jedną z przyczyn tej jakoby tajemnicy nieprawości będzie feminizacja mężczyzn i maskulinizacja kobiet, zjawiska, które zawsze na kartach historii są przyczyną jakiegoś nieprawdopodobnego homoseksualnego wybuchu, odejścia od wierności własnemu urodzeniu, wreszcie pojawienia się filozoficznego ,,alkoholizmu’’ bym powiedział. Dlatego, że wszystko jest oparte na winie. Wina, podłość, przyrodzone zdegenerowanie (w naszym przypadku) Słowian (ot alegoryczne według światłego pisarza Kosińskiego dewiacyjne sceny w utworze Malowany Ptak – mające w znany chyba tylko jednostkom specyficznie kształconym sposób, windować tezę o upadłym, infernalnym charakterze mieszkańców Europy Wschodniej). To co się dzieje z kinematografią, narracja historyczna, przekaz tej ,,szajki wytwornych pind’’ (mówiąc językiem nieprzychylnego NR-owi Tuwima), to właśnie ogniwa starej wojny przeciw dumie i dostojności. Zniszczenie etosu pochodzenia ma spowodować wycofanie, a jeszcze lepiej ojkofobię narodowo-etniczną. Później, a właściwie tym samym anemiczną rezygnację z uczestnictwa, działania, życia.

,,Ziemskie życie nie może być traktowane jako zbieg okoliczności. Co więcej nie można go uważać za coś, co możemy zaakceptować bądź odrzucić wedle naszej woli.’’

J.Evola Etica aria

Ale jak to brzmi w świecie gdzie zabija się ludzi przed narodzinami, przy uzasadnieniu wyłożonym przez ludzi z habilitacjami. Tym, którym dane jest się narodzić zaś, życie umila się wręcz marksowską walką o pieniądz, i fetorowym przekazem ideowym – dziś płynącym już z każdej strony.

Biada tym prądom i postawom, które dumę z pochodzenia, kasty, walki, wypracowanego dziedzictwa (u nas choćby plusów PRL-u), próbują zniszczyć i niszczą obsesją przepraszania, winy, uległości i marności.

Z drugiej strony na pewno zastaniemy bajki. Peter Padfield w (dość liberalnej, ale nie o to chodzi) książce o Himmlerze, w aspekcie opisu Niemiec przełomu XIX i XX wieku wyłożył kilka charakterystycznych rzeczy. Pisał nie bez racji, że młodzi ludzie (nie tylko w Niemczech, ale wszędzie) np w Wlk. Brytanii czy Francji, wychowani byli w ogłupiałych, naiwnych, hagiograficznych opowieściach i historiach o przeszłości swego kraju. Tak jest zawsze. Od siebie dodać trzeba, że tak było i będzie. Tylko ludzie o IQ obudowy od liczydła mogą wierzyć w koncepcje swego państwa, jako od zawsze bożego a innych, jako infernalnych. To samo z rodem czy narodem. A zdecydowanie z szerszymi grupami etnicznymi: Słowiańszczyzną, Germanią, ludami indoeuropejskimi wreszcie, bo o nich konkretnie całościowo pomyślmy. Mimo, że semantyka wyrazu, który się pojawi brzmi jak niebezpieczne zdegenerowanie i stare chore ryty (co tylko mnie cieszy), używajmy słów niedemokratycznych. Otóż człowiek aryjski, bo tak to trzeba określić, od zawsze był roznosicielem magii im marihuany. Mimo dość wytwornej koncepcji kasty, rodu, płci, wojny, ich szlak znaczony był zapewne niejednokrotnie hańbą, jak wszędzie, choć bez pokory można chyba powiedzieć, że w stopniu mniejszym niż u innych. I teraz są dwie drogi: czy to ma skłaniać do ojkofobii i przepraszania za to, że się żyje (jak chciałyby wszelkie siły dziś decydenckie), czy do budowania dróg słusznych, mających również gigantyczne zaczepienie w Indoeuropejskich prawiekach. W stałej koncepcji naszej katolickiej Wiary Objawionej przede wszystkim, i warto odnotować to, żeby ogólny wniosek nie szedł w jakiś bajzel.

W jakiejś pracy krytykującej Evole duchowny negatywnie wspomina, że Baron widział potencjał Europy w północnych barbarzyńcach nie ludach romańskich Południa. Kiedy indziej to Rzymowi domalowuje się rogi, (choć i tak ma swoje). Zabawa słowem jest naprawdę słodka.

To trzebaby zrewidować na szybko, ogólnikami, jak wyglądał świat w pogaństwie. Ten nasz rejon północnej powiedzmy, Europy. Przede wszystkim, co mówił Eliade chyba, wielość bóstw w pogaństwie (czyli samo pogaństwo), wynika najpewniej z przypisywania jednemu bóstwu wielu danych przymiotów, co poprzez zamglenie, przeinaczenie i uskrajnienie przekazu w przeciągu lat zaowocowało powstaniem kultu kilku bogów, pierwotnie będących określeniami, przymiotami jednego. Mówimy tu więc po prostu o nawet nie zdegenerowaniu a zagmatwaniu Objawienia Pierwszego, z dużych literek. Ta koncepcja jest uznana w świecie nauki, więc z ewentualnymi dymami nie do mnie. Możemy oczywiście mówić, że bogowie pogan to literalnie częstokroć figury demonów, ale tu znów, z dość małą dozą pokory powiedziałbym, że takie spojrzenie to na Bliski Wschód czy do Kartaginy raczej kierować. Tam gdzie palono noworodki i czczono boginki będące w ich, tamtejszych bystrych przekazach cnotliwymi ladacznicami albo bogów gnoju (Mot- władca much).

Ale do szybkich wniosków. Jest pogaństwo. Wiara nieobjawiona. Czyli podanie, mit – oprócz samej niezależnej kontynuacji z pradziejów, korzeni (w stopniu jakimś na pewno tez podszeptów diabelskich, nie podważam takowej krytyki tamtych systemów) jest tworzony, układany przez ludzi. I w micie danej grupy etnicznej odbija się jego duch, świadomość, aspiracje i cechy, bądź rzeczy te w aspekcie preferowanym. Więc z mitu danej grupy w dużej mierze, możemy mówić o tej grupie wartościując jej przymioty. I tak, choć nord-słowiańskiej północy i w tej wykładni nie ominęła degeneracja, to jest tego brudu wyraźnie mniej niż na spieczonej pustyni Kaananu, gdzie rządzili już następcy, którzy ten rolniczy lud eksterminowali.  W podaniach nordyckich widzimy właściwie mało mitów lubieżnych na przykład, ot jakieś chore wyjątki: chyba Freja oddaje się jakimś stworom kowalom w zamian za piękny naszyjnik czy cos takiego. Sam Odyn jest przedstawiany, jako hiper heteroseksualny niczym Zeus, ale badania stwierdzają, że jego postać ma cechy, charakter, dość obu płciowy. Jest to być może echem degeneracji końca cyklu gdzie następuje pewne pomieszanie z poplątaniem. Być może nawet nie, gdyż w mitach czasów odległych zasada boska ma często charakter androgyniczny.

Inną rzeczą jest stara organiczna koncepcja, gdzie sam król nie mówiąc o bogach, nie jest objęty tymi samymi normami, co ludzie. W tamtych czasach i wytycznych, rozumieniu życia i dostępnej wtedy ogólnej wiedzy samo zresztą pojęcie orgii przykładowo, jest pewnym rytuałem oczyszczenia charakterystycznym dla końca każdego cyklu, w świecie gdzie czas kolisty i organiczne zadania rządzą życiem. Zdecydowanie jest to kwestia pradawna, starsza od plastycznie pokazywanych przez dr Krajskiego orfików, swego rodzaju twórców naukowego czy filozoficznego satanizmu. O tym należy pamiętać w analizie tych ulubionych publicystycznie przez wszystkich chyba zjawisk obyczajowo łajdackich z tamtych czasów.

Ale bo zabrakło tu kontry, antytezy- otóż mit, podanie Bliskiego Wschodu przykładowo jest pełen zdegenerowania w każdej sferze chyba. Same pisma typu Talmud są przez analizujących przedstawiane, jako właściwie pornograficzna lektura, nie mówiąc już o apologii tematów takich jak nieuczciwość itd.

Z samego więc tytułu pewnej dumy i poczucia smaku (jak w wywiadach z Von Thronstahl o whisky, skórzanych rękawiczkach i drogich papierosach) ideowy krzyk orła nie może być w pełni organiczny. Byłoby to bowiem absolutne zawierzenie mocy w rycie, czy słowie, technicznie nie zdolnej do wykonania aktu praktycznego. Koncepcja organiczna w końcu do tego doprowadza. Ostatecznie wiec, wbrew idealistom tradycyjnym, elitarna szkoła nacjonalizmu będzie musiała zanegować wartość, szczególnie sprawczą, ale często i edukacyjną mitu czy archetypu, w praktycznej drodze powracając do prostej koszuli, starcia, koalicyjki bojówkarza. Lewa strona, która jeszcze nie raz się wynurzy nie zapyta w rzezi o tomizm, książki czy Dugina.  Krzyk jakości musi jednak doceniać wielkość historyczną Indoeuropy, bo nią jest. Nie bełkotać, że np. Polska niczym wszechświat z wielkiego wybuchu powstaje nagle kole 10 wieku. To zupełnie tożsame z komunistycznym przesłaniem mówiącym: ,,wszystko co było kiedyś jest złe’’. Już tą degenerację kraj przechodził.

Powiedzielibyśmy wiec, że świat Słowian, Germanów, Ugrofinów itd. był z zasady maszyną z zostawionym wolnym trybem, który zazębił się z wiarą w Jezusa Chrystusa, nadając losom tych grup etnicznych odpowiedniej dynamiki i trajektorii, nie bez zdrad, odstępstw i antynarodowych hańb renegatów wywodzących się z samej hierarchii Kościoła, (które w płytkim odbiorze mogą zaciemniać właściwy cel, przesłanie i fakt chrystianizacji) to jasne, patrzmy całościowo.

Zawsze jakoś pamiętać należy, że gdy azjatyckie tereny śródziemnomorskich nabrzeży wschodnich (wiadomo, o kogo chodzi) tonęły w pedofilii, prostytucji rytualnej czy lizaniu się miedzy chłopakami, to na przykład ten wszech zły Babilon (czy tam ogólnie pojęte organizmy państw miast w tym rejonie) wprowadzał prawną ochronę małżeństwa monogamicznego. Przekaz o naturalnej dobroci tamtejszych (palestyńskich) pasterzy i plugawości kultur ich otaczających sypie się w momencie. Z całą pewnością należy stwierdzić, iż tereny mezopotamskie cechowały się jednak znaczną degeneracją. Nie daje się jednak podważyć, że tam była stolica kultury, nauki i sztuki świata właściwie. Można przypuszczać, że przed najazdem i semityzacją, gro rzeczy dobrych tam było pozostałością pewnego sumerskiego monolitu. Pochodzenie tego ludu nie jest znane, prawie pewne, że nie jest semickie (teza wykształciuchów, więc znowu ich atakować jak coś). Znaczna wiedza o regulacji rzek i gospodarce wodnej, stosowana wg badaczy już grubo w okolicach zarania pisemnej cywilizacji Mezopotamii (35 wiek p.n.e.) może wskazywać, iż Sumerowie już z tą wiedzą przybyli z terenu innego, być może z obszaru, systemu himalajskich górskich rzek. Jest to wiec teren mocno z historią, a może nawet krwią Indoeuropy powiązany. To zupełnie inne wieki, ale tego też do końca nie wiadomo, w sensie wykluczenia powiązań ściślejszych. Przekaz nauki to spekulacja. Czasem tak fajnie wnioskująca. Na korzyść ,,okrutnie’’ niedzisiejszych wizji.

Ta beztroska opowieść, skakanie po wszelkich wątkach służyć ma temu, aby dostrzec, że jest jasno określona fala, zawsze była, w kulturze, mająca wykpić etniczną przeszłość grubo poza granice logicznej i ideowej krytyki, ojkofobia, tym razem nieplująca tylko na przeszłość słowiańską, ale ogólnie indoirańską, preeuropejską de facto.

Możemy to plastycznie złączyć z wszechobecnym u nas tępieniem tego, co wyższe, dumne. Charakterystycznie opisuje to m.in. narodowy reżyser Bohdan Poręba, komentując akurat poststalinowski atak na film Hubal (1973) rozpętany przez ówczesną śmietankę inteligencką. Ale ten zgrzyt to uniwersalia, zawsze jest zmaganie w takim konflikcie, z wrogiem ściśle określonym.

,,[…] to choroba którą przeżywaliśmy przecież bardzo silnie w latach 50-tych, która od czasu do czasu w publicystyce pewnych ludzi wraca, jest to lęk jak gdyby przed tym, żeby szukać w tej naszej historii takich punktów, które pozwalają nam na lepsze samopoczucie, na lepsze zrozumienie własnej tożsamości, na po prostu poczucie racji i siły’’

Bohdan Poręba w wywiadzie z czasów PRL

Koncepcja degeneracji wg. Guenona i Evoli jest wbrew pozorom ogólnie kierunkowo tożsama z tym, co mówił Jezus Chrystus. Zło pochodzi z wnętrza człowieka mówi Ewangelia, czyli nie wgłębiając się w składowe istoty (dusze, ducha itd. i takie koncepcje) powiedzmy z człowieka. Również w Tradycjonalizmie Dobro, zasada wyższa, na wzór dość platoński rzecz jasna, jest poza historią, a źródło regresu dokładnie tu (na świecie, w życiu, w historii). Wertykalnie, jak ten tyr na grobach poległych w Krucjacie przeciw Unii Sowieckiej, wskazana jest Góra, dążenie wyżej, wyrywając się z osi historii, która jest antytradycją i upadkiem. Przełamując ten ciąg inwolucji. Poprzez ascezę lub Śmierć Zwycięską.

Taką rzeczą najbardziej chyba drażliwą, albo jedną z takich będzie czy byłoby krytyczne spojrzenie na cywilizację łacińską. Kierunki takie rozwijał w jakimś stopniu m.in. Evola, ale z innego punktu widzenia. O dziwo (poprzez pryzmat jego heretyckości) doceniał nie tylko dziką rzeczywistość średniowiecza, ale i zaskakująco sporo rzeczy w tomizmie czy scholastyce. Bardziej jednak nacjonalistycznie patrząc spojrzenie niełacińskie, jakoś przejawiło się w Pierwszej Falandze Ramiro Ledesmy Ramosa, najpewniej w związku z doktrynami m.in. Ernsta Niekischa, szkoda wnikać w taki nazbol, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o postawienie pytań o powód upadku właściwie (bo to mamy) i regresu cywilizacji łacińskiej. Są to pytania bystrzejsze i bardziej ważkie od tych w stylu ,,ile można przed ślubem’’, dlatego bez żenady warto się nad tym zastanawiać. Na drodze stanie oczywiście ,,koneczniański’’ model myślenia, a raczej jego odbicie w mule intelektu właściwego czasom dzisiejszym. Oczywiście ,,podważenie‘’ (choć to nieodpowiednie słowo) tomizmu, scholastyki, ogólnego klimatu legitymistycznego spotka się w klimacie z zarzutem o nie wiadomo co. Ma tak być. Można tylko radośnie zaryczeć stary krótki utwór zespołu Zadruga /Na Ra pt. Moja walka (1999) i gromkie Oi! Oi! do niego zresztą należące. Książki świeckie panami nacjonalizmu rewolucyjnego nie będą. Rewolta w imię jakości, centralnego punktu, choćby w pankowej otoczce. Przede wszystkim, właściwie. Więc czy wzorem komunizmu, cywilizacja łacińska właściwie nigdy do końca nie została urzeczywistniona/wprowadzona? Jeśli w ogóle można spekulować tak w związku z tworem organicznym? Jeżeli była organicznym. I czy w ogóle twór organiczny jest właściwy? I Evola i bardziej typowa prawica, Kościół też raczej, powiedzą, że tak, zupełnie inne klimaty pod tym rozumiejąc, a co powie rewolucyjna szkoła nacjonalizmu? Tak tak , wiem, od czasów Mosdorfa przynajmniej, tomizm jest preferowaną przez polski nacjonalizm radykalny wizją. Żyjąc jednakże tu, teraz, to my weryfikujemy kierunek (choćby dlatego, że to my szlakiem tym idziemy), choć nie chciałbym by zabrzmiało to crowleyowsko. A może wielki błąd leżał w tym, co Evola w średniowieczu kochał? Duch germańsko solarno rzymski, nawet nie tyle, że wymógł na duchowieństwu, bo samo było z tej krwi, ale spowodował stylowe filozoficzne spoganienie katolicyzmu, w sensie, że nie wykładał aż tak żarliwie skrajnie równościowej a i surowej moralnie pierwotnej doktryny chrześcijaństwa. Być może to było zaniechaniem chorym. By ciekawostek pojawiło się zadość, zauważmy, iż gro źródeł mówi, iż średniowiecze było względnie zdegenerowaną epoką, np. w ulubionych w przywoływaniu sferach obyczajowości, i to wyróżniająca się tym i od poprzedzającego antyku i późniejszego renesansu. Choć właściwie słyszę już wrzask uczniów tych rycerskich czasów, wiec teleportuję się z wątku już. Czy może były destrukcyjne pewne przesłanki łacińskie kulturowo, np. wyemancypowanie ojca rodziny zamiast jakiegoś mentora całego rodu, dziadziusia, który autorytatywnie mówi całemu splotowi rodzin jak żyć, jak na Wschodzie.  Czy lew kierujący owcami nie zdziała więcej od owcy dowódcy i to niewielu, mniejsza o to, czy owiec czy lwów?  To tylko wytrychowe pytania. Ale warto zadawać kwestie, jak stało się to co dziś mamy. Jak z nie idealnie zastanych stosunków czy to antyku czy wczesnego średniowiecza, ale piąte przez dziesiąte jawiących się jako logiczne, właściwe, powstał świat oddających hołd elektronice pokrak, humanistycznej religii przeprosin i równości, chłopców uzależnionych od aprobaty, czy roszczeniowych kwok ciągle chcących tylko więcej floty i młodych kochanków.

,,Kto zbyt silnie wrósł w przeszłość, w stare metody działania, stare nawyki myślenia, kto boi się własnego cienia, zaś przed myślą własną ucieka w najciemniejszy zakątek, ten nie znajdzie dla siebie miejsca w szeregach ludzi dzisiejszych.’’

Tadeusz Gluziński

Klasyczny jest tu motyw powiedziałbym dziewczynki z podstawówki, takowej postawy i filozofii życia.  Jednostka będąca wzorcem osobowym tej, naszej epoki. Wytłuczone formuły, absolutny brak idealizmu, pokazywanie palcem na chuliganów, łgarstwo, po trupach na szczyt, ultra materializm, roszczeniowość, interesowność, okrucieństwo, biały kołnierz(yk) i jakiś rubaszny prawie bełkot o Jasieńku, często wystawiany w kościele.

Ta nieumiejętna zabawa słowem nie ma za nic na świecie windować literalnej całej myśli Evoli. Nie wiem czy nie będzie żałosne powtórzenie ważnego zresztą komunału –Evola był idei nacjonalistycznej wrogi-nto wie każdy. Jednakże, tak jak on w wysiłku pisarsko-intelektualnym dążył do przezwyciężenia filozofii, tak szkoła nacjonalizmu rewolucyjnego powinna przezwyciężać i Evole (w sensie złego balastu tam tkwiącego) i filozofie i ckliwe śpiewy dzisiejszych Salwowskich, plotuśnic, episkopatów – w ich żeńskich, miękkich jak mimoza, a czasami wrednych wstawkach. Inaczej prowadząc wstępnie nieokreśloną formacyjnie drogę czy dyskusje, można jak Piłat, tylko ciągle pytać: ,, Co to jest prawda?‘’

Nacjonalizm rewolucyjny, oparty o tradycje które są wzniosłe i dumne, będzie ciągle bawił się motywami nielubianymi, takimi jak między innymi dobre przesłanki integralizmów, atakując nimi ,,cywilizacje” materii, maszyn i mężczyzn podporządkowanych temu co wypada. Co ustaliły mniej lub bardziej wykształcone grubasy w książkach i lożach albo histeryczne ,,moralne’’ kwoki.

Będzie się w ten atak bawił jak naklejkami pokemonów około 2000 roku. Bawiąc się tym, że inni nienawidzą, jak stwierdzili bracia Kijanowscy w Krucjacie łysogłowych autorstwa Ewy Wilk.

Artykuł pojawił się na Kierunkach:

https://kierunki.info.pl/2017/08/bogdan-cichocki-krzyk-orla/

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd